HEARTMADE…podaj dalej

Zaraz po świętach otrzymałam uroczy prezent…Ale zacznę od początku – postanowiłam wziąć udział w zabawie HEARTMADE…podaj dalej. Akcja pozwala dzielić się swoim rękodziełem z innymi, no i oczywiście otrzymywać prezenty 🙂 Więcej na ten temat można poczytać klikając w baner akcji

baner

Teraz o samym prezencie od Puella Eximia. Iza musiała wejść na mojego bloga i wypatrzyła, że mam 3 dzieci. Napisała maila z pytaniem o ich wiek i każdemu przesłała uroczy prezent. Dla dziewczynek białe czapeczki z mięciutkiej wiskozy (tkanina naprawdę cudowna w dotyku) z aplikacjami myszki Minnie. Żałuję, że nie udało mi się zrobić dziewczynkom zdjęcia w czapeczkach, bo na modelkach wyglądają one jeszcze ładniej. Mama zadowolona, ale, co najważniejsze, same zainteresowane nie chcą teraz nosić innych.

IMG_8624

IMG_8626

A dla Mikusia kapcioszki z dresówki i na polarku. Miłe, ciepłe. Mikołąjek się co prawda nie wypowiedział na ich temat, ale nóżki mu nie marzną (a jest zmarzluch po mamusi), więc myślę, że i on jest zadowolony 😀

IMG_8627  Wszystkie rzeczy wykonane są bardzo starannie, z dbałością o szczegóły, nawet takie jak kształt dziurki w metce.

IMG_8629Prezenty bardzo mi się podobają, a Iza zadała sobie trud, aby je maksymalnie spersonalizować – dziękuję!!!

Ziołowe „lecznicze” nalewki

Robi się coraz zimniej. Już jakiś czas temu pisałam o przygotowywaniu balkonu do zimy. W tym roku królowały na nim przeróżne zioła. Dzięki temu cały sezon miałam dostęp do świeżego oregano, bazylii, rozmaryny, tymianku, mięty i melisy. Zrobiłam też stosowne „zapasy na zimę” sukcesywnie susząc listki i gałązki. Skoda mi jednak było na koniec sezonu pozwolić reszcie mięty i melisy zmarnieć na krzakach. Postanowiłam więc zrobić z nich coś bardzo przydatnego w zimowe wieczory – nalewki.

Gdy ktoś mnie czasami pyta jak robię moje nalewki (bo muszę powiedzieć nieskromnie, że wszystkim zawsze smakują), mogę odpowiedzieć jedynie – na oko. Widocznie ten dar odziedziczyłam w  genach – mój dziadek również miał takie „hobby”. Ja niestety go nie znałam, ale z rodzinnych opowieści wynika, że jedynie 2 nalewki w życiu mu nie wyszły – z kaktusa (z niewiadomego powodu) oraz z arbuza (gdyż spirytus został z niej „podprowadzony” i zamieniony na wodę, o czym dziadek nie wiedział). Tym razem jednak starałam się w moich proporcjach „na oko” znaleźć pewną prawidłowość, aby móc się nią podzielić.

W ogóle to chyba ostatni moment na ziołowe nalewki. W ogródkach i na bazarach można jeszcze dostać świeże zioła. Oczywiście w tej chwili zioła można dostać przez cały rok w supermarkecie, ale moim zdaniem (nie wiem czy ktoś ma podobne obserwacje) nie są one tak aromatyczne jak hodowane w domu/ogródku samemu.

 

Składniki:

  • świeże zioła (w moim przypadku mięta i melisa) – 2-3 pełne garście,
  • spirytus 0,5 l,
  • cukier 0,5 kg,
  • woda 0,5 l.

Przygotowanie:

  1. Melisę/miętę płuczemy, żeby oczyścić ją z piasku.
  2. Zioła kroimy lub tniemy nożyczkami, przekładamy do słoika.
  3. Zalewamy spirytusem.
  4. Odstawiamy na 2-3 dni – w tym czasie nalewka nabierze wspaniałego zielonego koloru – im świeższe i zielone zioła, tym zieleńsza będzie nalewka.
  5. Po tym czasie przygotowujemy syrop z 0,5 l wody i 0,5 kg cukru, gotujemy i studzimy.
  6. Zalewamy zioła ze spirytusem.
  7. Po kilku tygodniach (ja lubię jak nalewki stoją dłużej – wtedy są bardziej aromatyczne, uważać tylko trzeba na nalewki na owocach z pestkami – gdy stoją za długo mocno czuć je pestką) przecedzamy przez gęste sitko i ew. filtr i rozlewamy do butelek.
  8. Smacznego

IMG_8024

Po lewej nalewka z melisy, po prawej z mięty – widać wyraźną różnicę w kolorze.

Jesienne curry z dynią

Jesień w tym roku jest wyjątkowo piękna. I niech zostanie taka jak najdłużej. Nie lubię zimy i zimna. Korzystając z darów jesieni postanowiłam dziś zrobić na obiad szybkie curry z dynią. I pomyśleć, że dynia na moim stole zagościła dopiero 2-3 lata temu. U mnie w domu robiło się tylko dynię w occie jako dodatek do mięsa/wędliny. Teraz nie wyobrażam sobie jesieni i jesiennych potraw bez tego zdrowego warzywa. Jest wyjątkowa – można ja podawać na słodko i na słono, samodzielnie i jako jeden ze składników dania. Bohaterka mojego posta pochodzi z mojego ogródka.

 

Składniki:

  • 1 podwójna pierś kurczaka,
  • 1 mała dynia, lub kawałek większej (ok. 0,5 kg)
  • 0,5 puszki mleka kokosowego (moje miało konsystencję masła, jeśli jest rzadsze można dać całą puszkę),
  • 1 łyżka pasty curry tikka masala, wg przepisu Jamiego Oliver’a.

 

Przygotowanie:

  1. W garnku o dużym dnie podsmażamy kurczaka na odrobinie olej.
  2. Dodajemy pokrojoną w kostkę i obraną ze skórki dynię, chwile smażymy wszystko razem.
  3. Dolewamy mleko kokosowe i ew. wodę jeśli mleko jest bardzo gęste (moje miało konsystencję masła) – tyle, żeby zakryło pozostałe składniki.
  4. Dodajemy 1 łyżkę pasty curry – mieszamy.
  5. Dusimy chwilę, aż dynia zmięknie.
  6. Można podawać z ryżem.

IMG_8021

Przepis na pastę curry tikka masala  wg. Jamiego Oliver’a z książki „Każdy może gotować (podaję przepis oryginalny, chociaż ja zrobiłam w wersji mniej ostrej, gdyż nie przepadam za bardzo pikantnymi potrawami):

Składniki:

  • 2 ząbki czosnku,
  • kawałek świeżego imbiru wielkości kciuka,
  • 1 łyżeczka pieprzu kajeńskiego (ja dałam pół),
  • 1 łyżeczka wędzonej papryki,
  • 2 łyżeczki garam masala,
  • 1/2 łyżeczki soli morskiej (ja dałam zwykłą),
  • 2 łyżki oleju arachidowego (z braku takowego dałam zwykły rzepakowy),
  • 2 łyżeczki przecieru pomidorowego,
  • 2 świeże papryczki chilli (ja dałam jedną),
  • mały pęczek świeżej kolendry,
  • 1 łyżka wiórków kokosowych,
  • 2 łyżki mielonych migdałów,
  • 2 łyżeczki nasion kminu,
  • 1 łyżeczka nasion kolendry.

Przygotowanie:

  1.  Obrać czosnek i imbir.
  2. Wyprażyć nasiona kminu i kolendry prze kilka minut na patelni, aż będą złotobrązowe.
  3. Uprażone przyprawy rozdrobnić w moździerzu lub blenderze.
  4.  Dodać pozostałe składniki i wymieszać w blenderze.
  5. Gotową pastę można przechowywać w lodówce.

Barszcz w 5 minut (nie z torebki)

Obiecałam jakiś czas temu szybki przepis na barszcz. Oczywiście sekret tej szybkości tkwi we wcześniejszym przygotowaniu składników. Staram się przygotowywać wiele szybkich dań w sezonie – do słoików czy do zamrożenia. Potem wystarczy chwila i każdy (nawet mój S.) potrafi zrobić szybki i, co najważniejsze, zdrowy i pożywny obiad. Można pomyśleć, że takie przygotowywanie większych ilości zapasów jest czaso- i pracochłonne. Poniekąd tak, ale nie do końca. Tak naprawdę uważam, że 1 kg buraków (czyli średnia ilość na obiad) gotuje się tyle samo czasu co 5 kg. Starcie 1 kg (podkreślam – w maszynce do mięsa) zajmuje tylko trochę mniej czasu niż starcie 5 kg. Dlaczego pisze o 5 kg? Bo mój największy garnek w domu właśnie tyle buraków mieści 😀 W tym sezonie przygotowałam 2 takie partie jarzynki – część w słoikach 0,5 litrowych na jarzynkę do obiadu, część w słoikach 1 litrowych właśnie na barszcz. Więc skoro w swoim długim wywodzie wróciłam do barszczu 😉 to podam przepis – mi taka porcja starcza na 2 obiady dla rodziny 2+2, z czego dzieci są jeszcze małe (czyt. jedzą mniejsze porcje niż dorośli)

 

Składniki:

  • 1 litr jarzynki z buraków,
  • 1 szklanka zakwasu buraczanego,
  • ew. sól, cukier do smaku
  • pół łyżeczki majeranku (można więcej jak ktoś lubi),
  • dowolne dodatki do barszczu, czyli np. krokiety (przepis innym razem), paszteciki, uszka (na Święta), ziemniaki, jajko na twardo.

 

Przygotowanie:

  1. Do garnka przekładamy zawartość 1 litrowego słoika jarzynki.
  2. Dolewamy ok. 1,5 litra wody.
  3. Doprowadzamy do wrzenia i doprawiamy sola i cukrem jeśli jarzynka nie jest wystarczająco przyprawiona (kwestia smaku).
  4. Dolewamy ok. 1 szklanki zakwasu.
  5. Gotujemy, ale nie powinniśmy doprowadzić do zawrzenia (nie wiem czemu – mama tak zawsze mówiła 🙂 ), dodajemy majeranek.
  6. I już – gotowe. Podajemy z dowolnym dodatkiem.

Zupę zrobiłam wczoraj, niestety poszła za szybko i nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Poza tym w wersji z ziemniakami nie jest zbyt fotogeniczna. Podsumowując – zupę robimy 5 minut lub tyle ile dodatki do niej. Nie jest skomplikowana, a bardzo smaczna i pożywna.

 

Spotkanie szyciowe – Uszyj jasia

Przedwczoraj miałam okazję i możliwość uczestniczyć w spotkaniu szyciowym pod hasłem „Uszyj jasia” zorganizowanym przez grupę Warszawa Szyje.

Czym jest akcja „Uszyj Jasia”?
Każdy z nas zaczyna życie w szpitalu (Wojciech Bonowicz)
Szpital. Jaki jest każdy widzi, każdy wie. Wiem, wiem – wielu z nas naoglądało się filmów, gdzie próbują nas przekonać, że pobyt w takiej placówce staje się nawet przyjemny. Możemy poleżeć sobie w izolatce, na wygodnym, nowoczesnym łóżku. Obok na szafce stoją kwiaty w wazonie a w oknach powieszono piękne firanki. Ale to tylko filmy. Jak jest faktycznie wielu z nas przekonało się na własnej skórze.
Pewnego dnia, pewna mama trafiła do szpitala ze swoim dzieckiem. Po kilku dniach pobytu, podczas zmiany pościeli zauważyła, że poduszka jej dziecka nie ma poszewki. Zapytała się, dlaczego? Odpowiedź była banalna- skończyły się. Mama długo nie myśląc powiedziała: „No to uszyję”.
I tak to się zaczęło.
Cały pomysł zrodził się w głowie Natalii – autorki bloga Ekoubranka.
2. 01. 2013 r. rozesłana informacja o potrzebie uszycia poszewek na poduszki pojawiała się na coraz to nowych blogach. Kolejne jaśki powstawały i kolejne osoby pomagały.”

(tekst pochodzi z bloga akcji uszyjjasia.blogspot.com)

O akcji Uszyj jasia przeczytałam na fb profilu mojej koleżanki ze studiów już jakiś czas temu. Ona organizowała takie spotkania u siebie w mieście. Wtedy jeszcze nie umiałam szyć (nadal nie umiem, ale umiem chociaż obsługiwać maszynę do szycia 😉 ), nie wzięłam w nim więc udziału. Ale jako, że od pół roku jestem posiadaczką maszyny do szycia, co nieco na niej powoli mi wychodzi, tym razem postanowiłam włączyć się do akcji. W ogóle lubię i popieram tego typu inicjatywy i akcje społeczne  – nie organizowane i promowane przez media i gwiazdy, a organizowane i przeprowadzane przez zwykłych ludzi dla innych. W tym przypadku przez osoby umiejące szyć, często zupełnie hobbystycznie lub amatorsko, dla dzieci przebywających w szpitalach, hospicjach cy rodzinnych domach dziecka.

To tyle moich wywodów ogólnych. Dodam jeszcze tylko, że atmosfera była super. Mimo początkowych problemów lokalowych, organizatorce – Agnieszce udało się załatwić lokal „zastępczy” i wzięłyśmy się do pracy. Obowiązywał podział ról. Jedne z nas wycinały i mierzyły.

IMG_7915

Drugie szyły.

IMG_7914

Przez początkowe opóźnienia nie udało nam się uszyć tyle, ile byśmy chciały (mówię w każdym bądź razie za siebie). Postanowiłam więc wziąć kilka wyciętych już jasiów i dokończyć je w domu. Okazja nadarzyła się następnego dnia – zostawiliśmy dzieci u babci i pojechaliśmy na działkę. S. sobie coś tam dłubał, a ja w tych polowych warunkach ustawiłam maszynę i szyłam.

IMG_7939

Jarzynka z buraków do słoika

Obiecałam, że pokażę przepis na jarzynkę z buraków. Dla mnie jest to bardzo dobry przykład szybkiego dodatku warzywnego do obiadu, zwłaszcza zimą, gdy warzyw jest mało. Niektórzy dziwią, że chce mi się przygotowywać przetwory na zimę – robię to, bo latem mam więcej energii, składników jest pod dostatkiem, później robi się ciemno i wieczorami/popołudniami nie jestem tak leniwa 😀 Dzięki temu zimą mam ten komfort, że mam wiele półproduktów lub niemal gotowych dań – w 5 minut. Taka jest też jarzynka z buraków, bo, umówmy się, bez względu na to czy gotuję 0,5 kg czy 5 kg buraków – zajmie mi to tyle samo czasu. Co innego ścieranie – ale ja lubię sobie ułatwiać życie, zwłaszcza w kuchni i nie robię tego na tarce, a w maszynce do mielenia mięsa (z przystawką).

IMG_7800

Składniki:

  • buraki (dowolna ilość – u mnie tyle ile się zmieści do największego garnka w domu),
  • sól
  • cukier,
  • kwasek cytrynowy.
  1. Buraki gotuję (bez obierania).
  2. Po odcedzeniu i wystygnięciu obieram (wtedy właściwie obierają się same).
  3. Ścieram na tarce lub w maszynce – w zależności od tego jak wolimy można wybrać wiórki drobniejsze lub grubsze (ja wolę grubsze, ale to kwestia gustu).
  4. Jarzynkę podgrzewamy w garnku, mieszamy, żeby nie przywarły (jeśli jest jej sporo można na dno garnka dolać trochę wody).
  5. Doprawiamy do smaku solą i odrobiną cukru, dodajemy odrobinę kwasku cytrynowego (dzięki temu buraki zachowają ładny kolor, poza tym ma on właściwości konserwujące).
  6. Gorącą jarzynkę przekładamy do słoików (mi z 5 kg buraków wychodzi ok. 8 0,5 litrowych słoików).
  7. Wekujemy ok. 30 min.
  8. Potem wystarczy tylko zawartość słoika przełożyć do garnka, zaprawić masłem i odrobiną mąki (jeśli ktoś lubi) i gotowe.

Idzie jesień, czyli o suszeniu ziół na zimę

Jesień kalendarzowa już, co prawda, przyszła, ale ostatnie dni były jeszcze bardzo ciepłe i słoneczne. Dopiero dzisiaj pogoda się popsuła, nad czym bardzo ubolewam, gdyż planowałam mini sesję zdjęciową z moimi 2 cudownymi modelkami (2,5 i 4 lata) w ich nowych sukienkach mojego autorstwa. No cóż, zdjęcia na razie muszą poczekać…

W związku z pogodą właśnie, postanowiłam powoli zacząć przygotowywać mój balkon do zimowego snu. W tym roku był to balkon mniej warzywny a bardziej ziołowy – muszę przyznać, że miałam z niego więcej pożytku niż ze wspomnianego wyżej warzywnego w zeszłym roku. Może kiedyś napiszę o moich doświadczeniach z uprawą na 4 m2 (temat chyba bardziej na wiosnę :)).  Zaczęłam dziś od zrobienia zapasów na zimę – pościnałam trochę oregano i tymianku, powiązałam w pęczki i powiesiłam do ususzenia.

 

IMG_7852a

Nie mogłam się oprzeć, żeby nie wrzucić tego zdjęcia w wersji czarno-białej – jest bardziej nastrojowe.

Jak zioła wyschną, pościeram je palcami na kartkę papieru.

IMG_7856

I przesypię do słoiczków.

IMG_7859

Powinno starczyć na zimę. Na zdjęciach jest tak mało tymianku, gdyż to końcówka poprzedniej partii. Nie muszę chyba dodawać, że takie samodzielnie wyhodowane i wysuszone zioła nie umywają się do tych sklepowych kupowanych w torebkach. Ich aromat i zapach jest dużo intensywniejszy. Po ścieraniu tej garstki tymianku jeszcze długo czułam jego zapach na palcach.